Zamiast nudnej historii - ciekawostki olkuskie
Olgerd Dziechciarz
autor trzytomowego "Przewodnika po ziemi olkuskiej"
Czołg, traktor i zapadła kobieta
Starzy olkuszanie opowiadają, że gdy w styczniu 1945 r. Rosjanie wyzwalali miasto, jeden z sowieckich czołgów zapędził się aż na rynek. Tu nastąpił zadziwiający fakt, tank ... zniknął. Cóż się okazało? Otóż stalowy kolos zapadł się po ziemię. Trzeba bowiem wiedzieć, że Olkusz to stare, średniowieczne miasto, jedna z kolebek polskiego górnictwa. Tutejsi mieszczanie już od XIII w. mieli zwyczaj drążyć pod swym grodem kilometry korytarzy i dziesiątki piwnic. Jeden z takich tuneli przebiegał pod rynkiem, na który zapędził się czołg. Kamienne sklepienie nie wytrzymało ciężaru i załamało się. Takich zaskakujących historii jest więcej. Inna legenda wspomina o traktorze, który wpadł do takiej piwnicy. Ale bez wątpienia ta z czołgiem jest bardziej spektakularna. Opowiada się tu też historię o kobiecie, która zapadła się jeszcze za PRL-u. Kiedy ją wyjęto z dziury była wielce uradowana, że nie potłukły jej się butelki z gorzałą. Znając ówczesne problemy z zaopatrzeniem w alkohol jej radość była uzasadniona. Olkuskie podziemia ciągnęły się wokół rynku. W wielu piwnicach odnajdujemy zamurowane wejścia pod rynek, co świadczy, że i pod tym ogromnym placem są jakoweś korytarze. Ponoć w czasie wojny do prac budowlanych w podziemiach Niemcy zatrudnili olkuskich Żydów. Po zamurowaniu wszystkich przejść zostali oni wymordowani. Tutejsze piwnice zaskakują swą wielkością. Te najgłębsze sięgają kilkunastu metrów głębokości (aż trzy poziomy mają piwnice w kamienicy Myszkowskich). Były kiedyś plany udostępnienie części olkuskich tuneli do zwiedzania, ale na razie nic z tego nie wyszło. Szkoda, bo byłaby to nie lada gratka dla turystów. Przy okazji zapewne odkryto by wiele tajemnic. Na razie mamy tylko na poły legendarne opowieści o duchach, które mają się w nich gnieździć, korytarzach prowadzących ponoć aż do Rabsztyna i Ogrodzieńca. Odpowiedzi na pośledniejsze zagadki znajdowane są co rusz. Jak ta z wozakiem, który jednemu z właścicieli kamienicy przywiózł węgiel, wykiprował i wrzucił przez małe okienko do piwniczki, a potem okazało się, że opał zniknął. Mało co a doszłoby do rękoczynów. Dopiero po pewnym czasie wyszło na jaw, że furman wrzucił węgiel do piwnicy, o której kamienicznik nie miał pojęcia, bo drzwi do niej były zamurowane.
Palec Boży
W połowie lat 90. ubiegłego już stulecia dwóch zakonników zwiedzało olkuski kościół św. Andrzeja Apostoła. Szczególną ich uwagę zwracał słynny poliptyk z 1485, dzieło krakowskiego malarza Jana Wielkiego (dzielił starszeństwo w cechu z samym Witem Stwoszem). Braciszkowie próbowali obejrzeć wszystkie kwaterki ołtarza, gdy nagle puściły zawiasy i jedna z części zwaliła się na posadzkę, a w ślad za nią pozostałe, włącznie z drewnianą rzeźbą Madonny z Dzieciątkiem z 1480 r. Rzeźba rozpadła się na kawałki, podobny los spotkał obrazy przedstawiające sceny Maryjne i z życia Chrystusa. Cud, mówiono "palec Boży", że nic nie stało się, może poza szokiem, zakonnikom. Paradoksalnie, ale ta katastrofa "przysłużyła" się dziełu. Obrazy nie były bowiem od dziesięcioleci konserwowane, a rzeźba tak nadgryziona przez robactwo, że prędzej czy później rozpadła by się w pył. W takiej jednak sytuacji musiano znaleźć środki na ich rekonstrukcję. Nastąpił kolejny cud, bo pieniądze znalazły się w budżecie Ministerstwa Kultury i Sztuki. Szczątki poliptyku trafiły do krakowskich Pracowni Konserwacji Zabytków. Tam ołtarz odzyskał swe dawne, wspaniałe kolory. Badający dzieło profesorowie Gadomski, Chrzanowski, Nycz z zachwytem rozpisywali się o wyjątkowości tego ołtarza. Znawcy słusznie uważają, że tym czym dla rzeźby XV-wiecznej jest ołtarz Wita Stwosza, tym dla polskiego malarstwa tego okresu jest ołtarz Jana Wielkiego i Stanisława Starego (ten drugi dokończył dzieła, gdyż Wielki pobity przez innego malarza, musiał porzucić pracę). Gdyby olkuski poliptyk znajdował się w którymś z kościołów krakowskich czy warszawskich, albo w Muzeum Narodowym, pewnie przychodziłyby go oglądać tysiące. A tak stoi sobie skromnie w bocznej nawie olkuskiej fary ciesząc oko wiernych i nielicznych turystów. I postoi tak, miejmy nadzieję, kolejne 500 lat.
Organy i klątwa
Gdy w pocz. XVII w. olkuscy gwarkowie zamawiali u norymberskiego organmistrza Jana Hummla instrument dla kościoła św. Andrzeja, wybitny ten artysta zapewne gdyby wiedział jak potoczy się jego przyszłość, nie podjąłby się tego zlecenia. Nie miał jednak, co oczywiste kobiecej intuicji, a ponieważ jeszcze przyobiecano mu sowite wynagrodzenie, zabrał się w 1611 r. do pracy. Pracował kilka lat, robota paliła mu się w rękach, gdy oto zdarzyło się nieszczęście, które przypieczętowało los artysty. Z rusztowania spadł kilkuletni syn Hummla i zabił się (pod organami znajduje się do dziś drewniane epitafium poświęcone małemu Hummlowi). Organmistrz porzucił niedokończoną pracę i wyniósł się z Olkusza. Gwarkowie, którzy zdążyli już mu zapłacić, ścigali go pismami domagającymi się powrotu do Olkusza. W sprawę włączył się nawet sam król Zygmunt III Waza. Hummel w tym czasie budował już organy w słowackiej Lewoczy. Ścigany za porzucenie pracy w Olkuszu, załamany zgonem syna, sam w końcu rzucił się z rusztowania, by śmierć położyła kres jego troskom. Co ciekawe, kilka lat przed tragedią w kościele św. Andrzeja, podobny wypadek miał się zdarzyć w innym olkuskim kościele, nieistniejącej już dziś świątyni p.w. Najświętszej Marii Panny. Tamże w 1606 r. zginął 6-letni Jacek, synek innego organmistrza z Norymbergii Andrzeja Hansa. Minęło z górą trzy i pół wieku, gdy w kościele św. Andrzeja wydarzyła się inna tragedia. W końcu lat 60. XX w. trwały tu prace konserwatorskie, które prowadził prof. Józef E. Dutkiewicz. Wcześniej ten wybitny naukowiec badał dworek klasztorny w Rudawach (k. Bochni), gdzie odkryto pod tynkiem stare malowidła. Mimo iż natknięto się na tabliczkę ostrzegającą przed odsłonięcie ani chybi przeklętych malowideł, prof. Dutkiewicz nie wstrzymał prac. Fresk przedstawiał gromadę przerażonych zakonników. W dwa tygodnie później prof. Dutkiewicz spadł z rusztowania w olkuskim kościele i zginął na miejscu. I jemu poświęcone epitafium zawisło na ścianie prezbiterium.
Pustynia bez wielbłądów
Pustynia Błędowska to największy w Polsce, a ponoć i w Europie obszar lotnych piasków. Wprawdzie z ich lotnością bywa różnie, gdyż z winy obsadzenia jej w latach 50. wierzbą kaspijską niemal cała zarosła, niemniej jest sporą atrakcją turystyczną. Rok w rok tysiące ludzi z całej Polski zjeżdża się do Klucz, by ze wzgórza Czubatka obejrzeć to przyrodnicze kuriozum. Mało kto wie, że powstała ona z winy człowieka, bo jeszcze w średniowieczu przy budowie kopalń na tyle przetrzebiono miejscowe lasy, że ruszyły polodowcowe piaski i utworzyła się pustynia, która w najlepszym okresie miała ok. 80 km/2. Swego czasu były jeszcze dwie pustynie w okolicy: Ryczowska, po której nie ma już niemal śladu i Starczynowska, też zarosła sprowadzoną aż znad Morza Kaspijskiego wierzbą, odmianą nadzwyczaj wytrzymałą na suszę. Co to za pustynia, na której nie ma wielbłądów? - powie ktoś. Fakt, taka pustynia wygląda mikro i przykro. Wspomnijmy jednak, że była szansa, by pojawiły się na niej dromadery. Otóż w 1991 r. trafiła do Olkusza karawana wielbłądzia, którą grupa Libijczyków wędrowała po Europie głosząc słowo przywódcy swego kraju płk. Muammara al.-Kaddafiego. Goście z Trypolisu, których zastały w Olkuszu ogólnoświatowe restrykcje (wyszła wówczas na jaw rola Libii w zamachu na samolot, który spadł na szkocką miejscowość Lockerbie), musieli opuścić Polskę. Uczynili to na tyle rychło, że zostawili tu wielbłądy. Poczciwe dromadery trafiły do dawnego PGR-u w podolkuskim Zimnodole. Przebywały tam przez kilka miesięcy. Wtedy to narodził się pomysł, by wykorzystać je do promocji turystycznej Pustyni Błędowskiej. Nic jednak z tego nie wynikło. Wielbłądy pojechały do ogrodu zoologicznego, a ziemia olkuska straciła być może niepowtarzalną okazję zaistnienia w ogólnoświatowych mediach.
Nowoczesna baszta
olkuska baszta
Kiedyś z przyjacielem piliśmy sobie piwo w olkuskiej baszcie, będącej fragmentem dawnych obwarowań miejskich, które wzniósł tu król Kazimierz Wielki. Przyjaciel, rodem ze śląskich Rydułtów, zachwycał się wspaniałością cztero kondygnacyjnej budowli i kilkudziesięciometrowego potężnego muru z blankowanym krenelażem. Jął sobie nawet wyobrażać, jak owe mury opierają się atakom średniowiecznych rycerzy. Ugryzłem się w język i nic nie powiedziałem. A cóż miałem rzec, że jeszcze kilkanaście lat temu ... rosła w tym miejscu trawa, bo baszta i mur są młodsze ode mnie?! Niedoczekanie! Niech wszyscy podziwiają efekt determinacji kilku olkuszan z Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Olkuskiej, którzy w latach 70. wpadli na pomysł rekonstrukcji jednej z olkuskich baszt. Trzeba bowiem wiedzieć, że nie tylko Kraków miał swoich burzymurków, ci XIX w. wandale byli także w Olkuszu. W Krakowie ocalała przynajmniej Brama Floriańska i kilka baszt, w Olkuszu rozebrano w pocz. XIX w. nie tylko całe mury z basztami i bramami, ale także trzy kościoły i średniowieczny ratusz, będący ponoć jeszcze w całkiem niezłej kondycji. Gdy w latach 70. zeszłego stulecia przeprowadzano w Olkuszu badania archeologiczne odkryto fundamenty baszty przy ul. Szpitalnej. Dzięki staraniom społeczników udało się zyskać poparcie odpowiednich czynników (czytaj lokalnych sekretarzy nieboszczki PZPR), co dawało szansę na odtworzenie budowli. Profesor Janusz Bogdanowski stworzył projekt architektoniczny baszty, choć do naszych czasów nie zachowały się niemal żadne informacje o jej wyglądzie (nieznana jest nawet pierwotna wysokość). Prace nie ruszyły z kopyta, bo mury olkuskie zbudowane były ze zlepieńca parczewskiego zwanego żarnowcem. Ponieważ niegdzie indziej w Polsce ów zlepieniec nie występuje, a starożytny kamieniołom na podolkuskich Parczach jest już nieczynny, zdobywano ten cenny budulec odzyskując go z rozbiórek. Problem był też z murarzami, bo okazało się, że dzisiejsi fachowcy nie potrafią wznosić dawnych murów miejskich z kamienia. Właściwie wiedział o co chodzi w tej robocie tylko jeden stary majster, zresztą dziś już nieżyjący. Problemu dostarczyła też miedziana kula, która miała zdobić szczyt wieży. Też nikt nie potrafił jej wykonać, nawet Cyganie. Ale kto szuka ten znajdzie, w końcu wykonała ją Olkuska Fabryka Naczyń Emaliowanych. Materiały zdobywano w różny sposób, sami działacze TPZO chwytali za łopaty. Dziś baszta na tyle wtopiła się w krajobraz Olkusza, że nawet starzy olkuszanie zastanawiają się, czy czasem nie stoi tu ona "od zawsze".
Zamek zza krzaków
Przez dziesięciolecia ruiny zamku w podolkuskim Rabsztynie tak zarosły samosiejkami drzew i krzaków wszelakich, że niemal znikły za ścianą zieleni. Dochodziło od absurdu, bo turyści stojąc na drodze i mając zamek przed samym nosem pytali się, gdzie u licha jest owe "Orle gniazdo". Nazwa Rabsztyn jest niemieckiego pochodzenia i oznacza "kruczą skałę". Pierwotną drewnianą strażnicę broniącą nadgranicznych okolic zastąpił w XIV w. murowany, gotycki zamek, z którego dziś niestety zachowały się tylko mizerne szczątki (w początkach XX w. poszukiwacze skarbów wysadzili w powietrze istniejącą jeszcze wówczas cylindryczną wieżę z ceglaną nadbudową, podobną do tej na zamku w Olsztynie). Zamek wznieśli Toporczykowie, możny wtenczas ród. W pocz. XV w. należał Rabsztyn do rodziny słynnego husyty Spytka z Melsztyna, który bunt przeciw hierarchii kościelnej i królowi przypłacił śmiercią w bitwie pod Grotnikami (1439 r.). Następni właściciele to Tęczyńscy, którzy w zamkowych lochach więzili m.in. Marcina Bełzę, mieszczanina krakowskiego, wsadzonego tam za to, iż jeden z płatnerzy rozpłatał w 1502 r. szlachetnego Jana z Tęczyna, bo tenże nadmiernie marudził nad wykonaną na jego zamówienie zbroją. Tęczyńscy, którzy z czasem zaczęli się zwać Rabsztyńskimi, zaczęli rozbudowę zamku, w czego efekcie powstała licząca ponad 40 komnat część pałacowa, której pozostałości podziwiać można do dziś. Kolejnymi władcami zamku byli Bonerowie, możny ród pochodzenia niemieckiego, który bogactwem mógł konkurować z najsłynniejszymi ówczesnymi magnatami. W gościnie u Seweryna Bonera, w 1556 r. był m.in. uważający się za przywódcę polskich innowierców Jan Łaski, który konferował na tematy religijne z przełożonym braci polskich Jerzym Izraelem.
Legendami obrosła słynna ceremonia zaślubin księżniczki siedmiogrodzkiej Gryzeldy, bratanicy Stefana Batorego z kanclerzem Janem Zamoyskim, która odbyła się w Krakowie 12 czerwca 1583 r. Ponoć w pochodzie przechodzącym krakowskim rynkiem stąpał nawet słoń, któremu z wieży przymocowanej na kłębie strzelały race. Samo trwające kilka tygodni przyjęcie miało się odbyć "w zamku na Rabsztynie" - jak pisał XVI w. autor pierwszego polskiego herbarza Bartosz Paprocki. Wielu badaczy dało się zwieść i pisało później, że w zdaniu tym mowa jest o zamek w Rabsztynie. Tymczasem zgodnie zresztą z wolą króla weselisko odbywało się na Wawelu, tyle tylko, że w należącym do Zamoyskiego dworze o nazwie Rabsztyn. Dom ten zresztą wspaniale przygotowano na tę uroczystość. Bartosz Paprocki poświęca opisowi uczty i biesiadników kilka stron. Skądinąd zastanawiająca jest ta zbieżność nazw zamku pod Olkuszem i dworu na Wawelu.
W kilka lat później, w 1587 r. załoga rabsztyńska dowodzona przez Kozaka Gabriela Hołubka, wpierana przez olkuskich gwarków, dała łupnia zaciężnym oddziałom idącym ze wsparciem dla oblegającego Kraków arcyksięcia Maksymiliana, który "starał się" wówczas o polską koronę. Kolejnymi właścicielami zamku byli Myszkowscy. W 1657 r., w drugim roku słynnego "potopu" Szwedzi spalili Rabsztyn, tak zresztą jak większość zamków Jury. Od tej pory popadał w coraz większą ruinę. Z czasem kolejni właściciele przenieśli się do dworku starościńskiego o podnóża Kruczej Skały. Podczas powstania styczniowego z tynków zamkowych pozyskiwano saletrę, którą wykorzystywano do produkcji prochu na cele insurekcyjne. Dziś po dworku nie zostało śladu, bo nonszalancko prowadzone rekonstrukcje sprawiły, że został zupełnie rozebrany (powstaje tam obecnie jakiś koszmarek architektoniczny). Więcej szczęścia ma chyba zamek. Powstało bowiem ostatnio Stowarzyszenie Zamek Rabsztyński, znalazły się środki na remont murów, wycięcie drzew, częściową rekonstrukcję. Plany są ambitne. Tylko im przyklasnąć.
